żagle,żeglarstwo,szkolenia,wspomnienia

rejsy,tawerna,zagle,żaglach

zeglarstwo,szanty,informacje.

żeglarstwo jako moja pasja - żeglarstwo jako hobby

Zapraszamy do galerii oraz tapet

A na mroźne wieczory, zapraszamy do czytania ciekawych książek.

żeglarstwo sposobem na życie

Obejżyj tapety, na których żagle ukazują to, czym dla mnie jest żeglarstwo - sposobem na życie. Odwiedź naszą tawerne i naciesz swoje ucho historiami, nie z tego świata :). Przeczytaj wspomnienia opisujące nasze rejsy. Ujżyj w myślach widoki pięknych mazur. Wszytsko znajdziesz na tej stronie - żeglarstwo, zeglarstwo, tawerna, widoki, zagle, żagle, wspomnienia.
0.98558400 1280607620
 

/ Tawerna / Legendy

 

"Ryba-przyssawka"

Groźne dla żeglarzy okazały się nie tylko wielkie potwory morskie, lecz również małe potworki, za które brano na przykład poczciwe minogi. Fantazja marynarska, zaprawiona pewną dozą alkoholu, przypisywała minogom niesamowite cechy i możliwości. Zrodziła je legenda zaczerpnięta z opowieści starożytnych żeglarzy. Caius Plinius Secundus stwierdził autorytatywnie, iż na skutek przyssania się setek i tysięcy ryb do podwodnych części kadłubów trier Antoniusza, okręty utraciły szybkość i manewrowość. Ten fakt miał właśnie stanowić o przegranej floty Antoniusza i Kleopatry pod Akcjum w 31 roku p.n.e. Także w średniowieczu krążyły dziwne legendy o rybach - przyssawkach, którym przypisywano niesamowitą siłę, pozwalającą zatrzymać największy okręt. Z innych opowieści wynika, że ryby - przyssawki potrafiły nawet wyssać dziury w drewnianym kadłubie okrętu, powodując jego zatopienie. Ogromną siłę przypisywano także rybie - pile, której płaskie ostrze zaopatrzone w zęby potrafiło dziurawić nawet najbardziej twarde drewno kadłubów okrętów. Z tego też powodu obawiano się powszechnie spotkania z nią. Istniał ponoć sposób na odstraszanie ryby - piły, polegający na wnikliwym wpatrywaniu się w oczy atakującego potwora. Każde drgnięcie bądź zmrużenie oka powodowało przerwanie tej swoistej hipnozy i ułatwiało rybie - pile wykonanie zamierzonego ataku.

"Relacje Antoniego Pigafetty"

Kiedy 20 września 1519 roku flotylla złożona z pięciu okrętów pod dowództwem Magellana wypłynęła z portu Saniucar de Barrameda, aby odszukać Moluki (Wyspy Korzenne) drogą przez Amerykę, nikt nie wiedział, że wyprawa ta zakończy się opłynięciem całego naszego globu. Na statku flagowym zaokrętował się również oficjalny kronikarz wyprawy, młody Włoch, Antonio Pigafetta. Dzięki jego kronikom znamy przebieg tej historycznej ekspedycji, której losy toczyły się ze zmiennym szczęściem i nieomal zakończyły się całkowitym niepowodzeniem. W rezultacie do Hiszpanii zdołało powrócić z tej wyprawy zaledwie dziewiętnastu marynarzy. Pigafetta przez cały czas podróży opisywał położenie geograficzne wysp, które mijali, a nawet nanosił na mapę wszystkie niebezpieczeństwa nawigacyjne, co pozwalało na wytyczenie przyszłych bezpiecznych szlaków morskich na tych wodach. Najwięcej jednak kartek swego dziennika poświęcił Pigafetta opisowi ludzi i stosunków społecznych na Molukach, które stanowiły cel wyprawy Magellana. Opisując florę i faunę tych wysp Pigafetta mocno koloryzuje, a niekiedy powtarza zupełnie bezkrytycznie zasłyszane opowieści. Opowiada na przykład o pewnym drzewie, którego liście mają dar pełzania po ziemi: "Mają po każdej stronie jakieś organy, które wyglądają jak dwie krótkie szpiczaste nogi. Jeżeli się je odetnie, nie wypływa z rany krew ani krwawy sok. Jeden z takich liści przechowywałem przez osiem dni w misce, a gdy następnie próbowałem go wziąć do ręki, zaczął biec dookoła miski". O ptakach pisze Pigafetta w ten sposób: "Tak samo istnieje tu rodzaj ptaków, które według tubylców podobne są do kawek. Ptaki te wylatują na morze i tam połykają je żywcem wieloryby. Gdy tylko ptak znajdzie się we wnętrzu wieloryba, dobiera mu się do serca i zaczyna je zjadać. Wieloryb oczywiście z tego umiera, wiatr i fale znoszą go na brzeg i tam Indianie rozcinają mu brzuch. Znajdują wtedy we wnętrznościach żywego ptaka, ciągle jeszcze zajętego spożywaniem serca wieloryba". Nie wiadomo, czy te banialuki należy zapisać na konto łatwowierności i braku krytycyzmu autora, czy też uznać jako celowe uatrakcyjnianie kronik w celu zapewnienia im jak największej poczytności i popularności.

"Potwór z papuzim dziobem"

Monstrualny wygląd kałamarnicy był zapewne dostatecznym powodem, by urosła ona w oczach i umysłach dawnych żeglarzy do rozmiarów prehistorycznego potwora. Według legend powstałych już w starożytności istniały kałamarnice kolosalnych rozmiarów, u których długość ramion dochodziła do 9 metrów. Usiane były one setkami kielichowatych przyssawek. W ciągu wieków legenda o kałamarnicach - olbrzymach stała się przerażająca . Powtarzano wieści o kałamarnicach - olbrzymach wciągających w otchłań nawet okręty. Byli i tacy, jak żeglarz francuski Denis de Monfort, który przysięgał, iż widział walkę kałamarnicy z wężem morskim. Inny zaś żeglarz z czasów starożytnych wspomina o kałamarnicy - gigancie, która wyskakiwała z wody na pokład okrętu, a następnie potężnymi mackami łamała maszty, zrywała olinowanie, dusiła wioślarzy a nawet pożerała ludzi, zanim zdołano toporami odrąbać jej ramiona.

Gigantyczne rozmiary przybierał w legendzie żeglarzy także poczciwy krab. W niesamowitych opowieściach o krabie - olbrzymie celowali zwłaszcza żeglarze arabscy, którzy w wiekach X-XII wyprawiali się w długie podróże morskie docierając aż do Chin. Jeśli im wierzyć, to taki krab zaczajony za olbrzymią skałą łapał w swe potężne kleszcze przepływające okręty.

"Okropne stworzenia morskie"

O ile syreny, trytony, morscy biskupi, a nawet morskie diablice, niezależnie od ich niecnych intencji, nie budziły specjalnego przerażenia wśród żeglarskiej braci, o tyle potwory morskie, takie jak kaspilli, budziły niesamowitą grozę i każde ich pojawienie się było powszechnie komentowane. W XVI stuleciu Francuz Abroise Pare w swoim traktacie "O pochodzeniu potworów" wydanym między innymi ku przestrodze żeglarzy, wspomina o strasznym potworze, który pojawił się w Zatoce Perskiej. Wyglądem miał on przypominać ogromną, nadętą rybę morską, z której cielska sterczały ostre i twarde jak stal kolce o długości 20 cm. Potwór ten, zwany kaspilli, mimo swego ogromnego cielska, był bardzo szybki, a przy tym charakteryzował się diabelską przebiegłością. Zaczajony w załamaniach fal wyczekiwał odpowiedniego momentu, a następnie rzucał się znienacka na swoją ofiarę, godząc swym rogiem w najwrażliwsze miejsce. Kolejnymi potworami morskimi prezentowanymi przez Abroise'a Pare'a są: niedźwiedzio - rybo - małpy, konio - ryby, gigantyczne ślimaki i lewiatany. Te dwa ostatnie potwory Pare umiejscawia w Morzu Bałtyckim, budzącym w XVI wieku najwięcej obaw wśród żeglarzy cieplejszych mórz z racji grasujących w nim potworów. Zdaniem Pare'a żyły w nim gigantyczne ślimaki, których czułki stanowiły potężne rogi jelenie zakończone świecącymi punktami. Tułów potwora pokrywała sierść mieniąca się różnymi kolorami. A przecież ów ślimak-monstrum może się wydać łagodnym szczenięciem wobec lewiatana - ogromnego potwora morskiego wielokrotnie wspominanego w Biblii. Według relacji naocznych świadków - żeglarzy norweskich, którzy widzieli lewiatana 6 stycznia 1656 roku, miał on łeb wielkości potężnej beczki, jego ryk zaś mógł wprawić niejednego w paniczny strach. Kapitan Laurent de Ferry opisując go wspomniał o łbie podobnym do końskiej głowy z długą, rozwianą grzywą. Holenderski uczony Oudemans podjął próbę ustalenia pierwszego wypadku zauważenia lewiatana, którego w gruncie rzeczy określano jako ogromnego węża morskiego o sześciu lub siedmiu garbach. Nie wiadomo zresztą, czy w każdym wypadku idzie o tego samego potwora, czy też w grę wchodzi kilka monstrualnych stworzeń wyglądem przypominających węża lub żmiję morską.

"Ognie św. Elma"

Na morzu można niekiedy zaobserwować ciekawe zjawisko fizyczne w postaci ogni błąkających się na falach, na rejach i masztach, które według wierzeń marynarzy z epoki Renesansu są "Ogniami św. Elma". Bywało, że od topu masztu staczała się na pokład ognista kula, która nie budziła jednak przestrachu, gdyż uważano ją za znak pomyślnej wróżby. W starożytności i we wczesnym średniowieczu zjawisko to również było znane żeglarzom i uważane za szczęśliwy omen. Wspomina o nim Eurypides, Horacy i Owidiusz. Pojawiające się ognie otrzymały wówczas nazwy Kastora i Polluksa - mitologicznych bogów braci bliźniaków, którzy jeździli na białych koniach i między innymi sprawowali patronat nad bracią żeglarską. Przede wszystkim przychodzili z pomocą tym żeglarzom, którzy znajdowali się w niebezpieczeństwie. W Renesansie przesądni marynarze z Kalabrii, Sycylii i Hiszpanii nazwali owe ognie "Ogniami św. Ciała", lub "Ogniami św. Elma" (Telma) - zniekształconym imieniem św. Erazma, patrona żeglarzy zmarłego w 303 roku, który poświęcił prawie całe życie naprowadzaniu żeglarzy na drogę cnoty i pomaganiu im w kłopotach. Anegdota sprzed kilkuset lat opowiada taką historię: Jeden z marynarzy znajdował się w koszu marsa, gdy nagle silny poryw wichury strącił go do morza. Marynarz wzniósł modły do św. Elma. Ten natychmiast zjawił się na miejscu tragedii, wyniósł marynarza z kipieli morskich i bezpiecznie dostarczył na pokład statku, mimo iż oddalił się on znacznie od miejsca wypadku. Czyż zatem ów święty nie zasłużył na to, aby właśnie jego imieniem nazwano błądzące ognie? Ognie św. Elma nierzadko pojawiają się w dużej liczbie - obserwowano na przykład po cztery lub pięć na jednym maszcie. W 1622 roku w pobliżu Malty zauważono krótko po sztormie na wielu okrętach floty wojennej ognie św. Elma, które przebiegały z jednego masztu na drugi. Marynarze wylegli na pokład i wznosili okrzyki, kapitanowie zaś pozdrawiali je trzykrotnym gwizdem. Zjawisko świecenia wielu ogni oznaczało dobrą wróżbę. Jeżeli pojawił się tylko jeden ogień, na dziobie okrętu lub bukszprycie, marynarze nazywali go "Elenoi" i widzieli w nim przestrogę. O ogniach św. Elma opowiadali marynarze uczestniczący w wyprawach zamorskich Krzysztofa Kolumba. Także wspomniany już kronikarz Antoni Pigafetta w relacjach z wyprawy Magellana opisuje zjawisko świecenia, które utrzymywało się na topie grotmasztu blisko dwie godziny. Zjawisko to trwało tak długo, aż ucichła porywista wichura, która dała się im porządnie we znaki. Znany francuski teoretyk  Jean Baptiste Fourier tłumaczył powstawanie tego zjawiska lepkimi oparami morza bądź też nakładaniem się na siebie kilku chmur. W XVIII wieku mity i legendy zaczęły ustępować nauce. Z naukowego punktu widzenia zjawisko świecenia należy tłumaczyć jako zjawisko elektryczne występujące wówczas, gdy ładunek elektryczny nisko zwisającej chmury przyciąga ziemskie ładunki elektryczne poprzez przewodniki w postaci wysokich masztów okrętowych, wież kościołów itp. Widoczne jest ono w postaci świetlistych szczotek, osadzających się na przedmiotach ostro zakończonych. Zjawisko to częściej występuje na półkuli północnej, zwłaszcza podczas sztormów zimowych.