żagle,żeglarstwo,szkolenia,wspomnienia

rejsy,tawerna,zagle,żaglach

zeglarstwo,szanty,informacje.

żeglarstwo jako moja pasja - żeglarstwo jako hobby

Zapraszamy do galerii oraz tapet

A na mroźne wieczory, zapraszamy do czytania ciekawych książek.

żeglarstwo sposobem na życie

Obejżyj tapety, na których żagle ukazują to, czym dla mnie jest żeglarstwo - sposobem na życie. Odwiedź naszą tawerne i naciesz swoje ucho historiami, nie z tego świata :). Przeczytaj wspomnienia opisujące nasze rejsy. Ujżyj w myślach widoki pięknych mazur. Wszytsko znajdziesz na tej stronie - żeglarstwo, zeglarstwo, tawerna, widoki, zagle, żagle, wspomnienia.
0.63849200 1280607975
 

/ Tawerna / Legendy

 

"Wąż morski"

Najbardziej sławna w legendzie jest niewątpliwie opowieść o wężu morskim, rozmiarami przewyższającym legendarnego smoka. Legenda o wężu morskim powstała już w starożytności. O morskim potworze, wyglądem przypominającym olbrzymiego węża, wspomina Arystoteles. W średniowieczu, słynącym z różnych niesamowitości, legendarny wąż morski urasta w oczach tych, którzy go rzekomo oglądali, do rozmiarów przedpotopowego jaszczura. W okresie wielkich odkryć geograficznych po raz pierwszy zauważono węża morskiego w 1522 roku. W latach późniejszych do spotkań z wężem dochodziło dość często. Potwora widziano w najprzeróżniejszych miejscach naszego globu, na wszystkich niemal morzach i oceanach. Raz u Przylądka Dobrej Nadziei, to znów u brzegów Brazylii, w zatoce Along na południowym Atlantyku, na Oceanie Spokojnym i u wybrzeży dalekiej Australii. Najbardziej interesujące w tym wszystkim jest to, że opisy świadków, którzy widzieli owo monstrum, na ogół się pokrywają. Można z tego wnioskować, iż chodzi o tego samego potwora, a być może o jakiś zachowany gatunek stworzenia z okresu lodowcowego. W XVIII stuleciu wąż morski, oczywiście ten legendarny, staje się zjawiskiem bardzo częstym. Pojawia się też sporo relacji na ten temat. Według jednych wąż morski po wynurzeniu się z wody sięgał głową szczytu najwyższego masztu statku. Miał długi, ostry ryj i wielkie płetwy, oddychał jak wieloryb. Inni naoczni świadkowie twierdzili, że potwór miał łeb dzikiej świni, jeszcze inni, że z pyska podobny był do konia lub wielbłąda. Były również podzielone zdania na temat skóry tego stwora. Jedni twierdzili, że była ona gładka i lśniąca jak skóra focza, inni zaś porównywali ją do chropowatej skóry krokodyla. Co do jednego wszyscy byli zgodni, mianowicie co do tego, że wąż morski rozmiarami, a przede wszystkim długością przewyższał wszystkie dotąd oglądane węże. Co pewien czas odżywa wspomnienie o istnieniu węża morskiego. W 1893 roku kapitan parowca "Umfali" spotkał się rzekomo z tym legendarnym stworem wyglądającym jak wąż, lecz mającym krótkie płetwy umieszczone około 7 metrów od głowy, który wymiarami przypominał dorosłego wieloryba. Sam pysk mierzył około 2 metry długości i uzbrojony był w długie zęby. W 1905 roku świat został zelektryzowany opisem danym przez dwóch przyrodników angielskich, którzy odbywając podróż na jachcie "Valhalla" zauważyli wśród fal, z dość dużej odległości, węża morskiego. Według ich relacji wąż ów wystawił najpierw płetwę z wody, a dopiero po pewnym czasie ponad powierzchnię morza wyłonił się jego ogromny łeb przypominający wyglądem głowę olbrzymiego żółwia. Uczestnicy rejsu nie zatrzymali się jednak ani też nie próbowali się zbliżyć do napotkanego potwora. Biorąc to pod uwagę należy sądzić, iż ci dwaj panowie najprawdopodobniej spotkali się ze stadem delfinów lub też rekinów. Reszty "konturów" potwora dopełniła fantazja przyrodników, którzy byli na pełnym morzu po raz pierwszy i nie bardzo potrafili rozróżniać z daleka morskie stworzenia. Najbardziej zadziwiające w tej relacji jest jednak to, że "uczeni", mimo iż dostrzegli niezwyczajnego stwora, nie zatrzymali jachtu ani też nie zmienili kursu, by pozostać dłużej w jego sąsiedztwie. A przecież ten fakt z punktu widzenia przyrodniczego powinien ich bardzo zainteresować. A więc jeszcze jeden wytwór wyobraźni? W 1926 roku doktor G. Petit natknął się u wybrzeży Madagaskaru na potwora morskiego, którego w języku tubylców nazywano "tompudrano". Spotkanie z tym stworzeniem opisał w pracy "Rybny Przemysł na Madagaskarze", zamieszczając tam nie tylko własne spostrzeżenia, lecz także opis potwora ukształtowany w legendzie tubylców. Z opisu wynika, iż z łba potwora wydobywało się intensywne światło, a gdy potwór polował, obracał się brzuchem do góry, gdyż właśnie tam, na brzuchu, umiejscowiona była jego paszcza. Tułów tompudrano miał rzekomo 20-25 metrów długości i pokrywały go łuski (w wersji tubylców - blaszany pancerz), jego ogon zaś podobny był do ogona krewetki. Malgasze unikali na ogół spotkania z potworem i jako amuletu przeciwko skutkom ewentualnego spotkania z nim wywieszali na dziobach swych łodzi topór i posrebrzane kowadło.

Legenda o wężu morskim okazała się nieśmiertelna. A może jest w tym - jak to zwykle bywa w legendach - odrobina prawdy? Faktem jest, iż w 1947 roku parowiec "Santa Klara" wpadł dziobem na jakiegoś ogromnego zwierza morskiego, którego dotkliwie poranił. W 1964 roku u brzegów Australii znaleziono 24-metrowej długości monstrum mocno poranione, prawdopodobnie przez śrubę okrętową.

"Zaczarowane wyspy"

Wyobraźnię ludzi morza zapładniały w minionych wiekach rozliczne opowieści o zaczarowanych wyspach. Twórcami tych opowieści byli najczęściej starożytni poeci, którzy usiali powierzchnię morza setkami takich właśnie zaczarowanych wysp.

W VIII wieku głośna była opowieść o irlandzkim zakonniku Brandanie. Był on założycielem klasztoru w Irlandii, w którym spora liczba mnichów rekrutowała się z wytrawnych żeglarzy. Ci mnisi - żeglarze, czy żeglarze - mnisi, nie porzucili wcale swego fachu i często wyruszali w podróże, składając Brandanowi szczegółowe relacje. Jeden z nich, o nazwisku Barint, potrafił tak pięknie i przekonująco opowiadać o czarodziejskiej wyspie, że w końcu nakłonił Brandana do odbycia podróży morskiej. Towarzyszyło im jeszcze siedemnastu zakonników. Po czternastu dniach podróży na prymitywnym, skleconym z trzciny stateczku, dotarli do wyspy, która niestety nie była celem ich wyprawy. Brandan rozkazał zatem płynąć dalej, aż dotarli do wyspy, na której pasły się owce wielkości cieląt. Kolejną wyspą, do której dotarli w swej długiej tułaczce, była wyspa zamieszkała tylko przez ptaki, następną zamieszkiwali mnisi itd. Brandan wraz z towarzyszami kontynuował podróż przez siedem lat, mimo iż musieli staczać walkę z gryfami, cyklopami i pokonywać inne przeszkody. Natrafili także na inne wyspy wchodzące w skład Wysp Kanaryjskich. Pewnego dnia statek Brandana przepłynął "Biegun Ciemności" (zwany inaczej "Czarnym Kotłem") i wpadł w olśniewającą jasność, z której wynurzyła się zaczarowana wyspa (była to prawdopodobnie Brazylia). Przez czternaście dni napawali się jej urodą i zażywali wszelakich bogactw. Byliby prawdopodobnie pozostali dłużej na tej ziemi mlekiem i miodem płynącej, gdyby nie wyraźne polecenie anioła, który ukazawszy się im, polecił wracać do siebie. Wprawdzie relacja z odbytej podróży nie dziwiła współczesnych niezwykłością sytuacji i szczegółów, jednak geografowie XIV i XV wieku mieli poważne trudności z umiejscowieniem tych wysp. Jedni twierdzili, że znajdują się one na Oceanie Indyjskim, inni, że na Atlantyku. Faktem pozostaje, iż legendom o zaczarowanych wyspach dawali wiarę nawet uczeni.

"Diablica morska"

Ulubionym tematem żeglarskich opowieści stały się w wiekach średnich potwory morskie, z którymi śmiałym podróżnikom przyszło się spotykać w ich dalekich wyprawach. Do najczęściej wymienianych należała diablica morska. Kształtem przypominała ona syrenę, jednak zamiast ludzkiej głowy miała łeb kozy, a na ramionach osadzone rybie płetwy. A oto jak przedstawił jeden z żeglarzy spotkanie z taką "diablicą”: ”Siedziałem wtedy na najwyższym maszcie, umocowując nowy żagiel, bo poprzedni poszarpał nam przed godziną morski koń swym ogonem. Z wysokości masztu przyglądałem się, jak czerwona tarcza słoneczna zetknęła się z morzem i zaczęła pogrążać się w falach. Morze syczało i kipiało. Kiedy już połowa słońca była pogrążona w oceanie, zionął na mnie od rufy gorący i smrodliwy powiew. Odwróciłem głowę w tę stronę i na wysokości mej twarzy zobaczyłem pysk straszliwej rogatej stwory. - Diablica morska - zadrżało me nieustraszone, żeglarskie serce. Potwór podsunął swą okropną mordę jeszcze bliżej do mnie, mrugnął znacząco pożądliwymi ślepiami i zaczął szeptać: - Śliczny żeglarzyku, dzielny synu Sewilli. Przysuń się tu bliżej i ucałuj mnie. Westchnąwszy do swego patrona, zbielałymi wargami wymamrotałem: - Zgiń, przepadnij maro piekielna, pomiocie Belzebuba. Jęknęła ciężko, zazgrzytała zębami i rozlała się koło okrętu wielką tłustą plamą siarki i smoły cuchnącej”.

"Człowiek - ryba"

Według słownika de Ganeau z 1704 roku istniał w przeszłości potwór morski podobny do człowieka. Dlaczego akurat do człowieka? Trudno na to pytanie odpowiedzieć, zwłaszcza że - jak to podaje opis zawarty w słowniku - tułów potwora podobny był wprawdzie do wielorybnika, ale miał ogon rybi, zwrócony płaską powierzchnią do góry i zakręcony. Głowa jego przypominała łeb kreta (albo łeb krowy), oczy miał takie jak świnia, a szczęki jak koń. Jego organa rozrodcze były większe niż u jakiegokolwiek innego zwierzęcia, przy czym przypominały one odpowiednie części ciała ludzi. Samice miały duże piersi budową przypominające piersi niektórych czarnoskórych kobiet. Ten sensacyjny opis uzupełniały jeszcze luźne opowieści żeglarzy o człowieku - rybie, a dokładniej - o kobiecie - rybie, której ogromniasty biust wynurzał się z fal i łatwo był dostrzegany przez załogi statków. Człekopodobnych potworów było więcej. Należały one do różnych gatunków zwierząt morskich, żyjących na różnych szerokościach geograficznych. W XVII wieku rybacy spotykali dość często człowieka - rybę w cieśninie Bella Isle i polowali na niego za pomocą harpuna. Zgodnie z ich relacjami człowiek - ryba miał gęste, opadające do pasa włosy, szarą skórę i małe ręce. Trudno było go jednak upolować, zarówno harpunem, który go się nie imał, jak również za pomocą sieci, którą ów potwór rwał z łatwością.

"Żeglarska kraina szczęśliwości"

Pochodzenie tego określenia jest niezwykle ciekawe. W dawnych czasach, kiedy marynarz - chrześcijanin wypływał na morze, czynił to z oporami, gdyż sądził, że jeśli zatonie wraz z okrętem lub zginie w inny sposób na morzu bez pociechy duchownej, jego dusza pójdzie prosto do piekła. Dowództwo statku nie przejmowało się zbytnio tą sprawą, mniemając zapewne, iż zwykły marynarz nie ma duszy, a przynajmniej takiej, która warta byłaby ocalenia. Nie posądzano zresztą prostego marynarza o to, aby miał ochotę lub czas się nad tym zastanawiać. I rzeczywiście w ciągu dnia, podczas ciężkiej pracy pokładowej, marynarz nie miał okazji do zastanawiania się nad tymi problemami. Jednak w ciągu długich wacht nocnych ogarniały go wątpliwości. Rozmyślał nad tym, że zaciągając się na statek, wykupił sobie bilet do piekła i to w jedną stronę, co wprawiało go w nastrój raczej ponury. Wizja śmierci na morzu, bez obrządku kościelnego, czyli droga wprost do piekła, nie dawały marynarzom spokoju. Trzeba było zatem zwrócić się do władz kościelnych, aby w jakiś sposób naprawić tę sytuację. Kościół uznał, że obiekcje marynarzy co do czekającej ich przyszłości w zaświatach są w pewnym stopniu słuszne, ponieważ niemożliwością jest udzielenie ostatniego namaszczenia tonącemu człowiekowi na wzburzonym morzu, a zatem jego dusza nie może iść do nieba lub czyśćca. Chcąc jednak dać marynarzom jakiś promyk nadziei, wydzielono specjalne miejsce przeznaczone na pociechę dla dusz ludzi, którzy zginęli na morzu. Miejsce to nazwano locus fidelis in gremia (locus - miejsce, fidelis - wierny, gremium - łono wnętrza), co można było przetłumaczyć jako "miejsce dla głęboko wierzących". Tego rodzaju zabezpieczenie duchowe zostało niewątpliwie przyjęte z wdzięcznością przez brać żeglarską, lecz nazwa fidelis gremia to za dużo jak na możliwości ówczesnego słownika marynarskiego. Żeglarze angielscy zniekształcili więc tę nazwę na Fiddler's Green (fiddler - skrzypek, green - zielony, zieleń, błonia), czyli "kraina szczęśliwości". Jak sobie interpretowali dawni marynarze tę żeglarską krainę szczęśliwości? Zgodnie z wewnętrznym przekonaniem, a może raczej przyzwyczajeniem, było to miejsce, gdzie nikt się nie starzał, gdzie był bar, w którym dorodne barmanki podawały gościom smakowite dania przywracające siły, a tancerki obdarzały ich swymi wdziękami przy akompaniamencie muzyki miliona skrzypiec, gdzie nie było pracy i wszystkie uciechy cielesne były osiągalne. Marynarz nie miał jednak ochoty czekać na te przyjemności do chwili zatonięcia, gdy jego dusza powędruje do krainy wiecznej szczęśliwości, chętnie więc korzystał z nich przy okazji. Dlatego też dla ludzi morza kraina szczęśliwości to raczej jakakolwiek tawerna czy inne ziemskie miejsce rozrywki. Jednym z wielu wierzeń marynarzy w epoce żaglowców było przeświadczenie, iż głosy barmanek i tancerek w Fiddler's Green miały wpływ na fale morskie. Kiedy śpiewały, i to głośno, wtedy morze było spokojne, kiedy zaś odpoczywały, wtedy należało się spodziewać sztormowej pogody.